Przyszła do mnie … znowu. Po wielu przeprowadzkach zaginęło wiele cennych książek, czy to u „znajomych” co chcieli pożyczyć do przeczytania i zapomnieli oddać, czy gdzieś podczas przepakowywania ich między pudełkami, a półkami się zawieruszyły gdzieś. Jedna z wielu cenna zdobycz się uchowała, cenna dlatego, że dość trudno ją kupić. Sięgnąłem po nią ponownie i oto jest – jednego z najinteligentniejszych ludzi czasów rewolucji narkotykowej, który odszedł już do „swojego” tunelu rzeczywistości:

- Robert Anton Wilson – Sex, Narkotyki i Okultyzm
ROBERT ANTON WILSON „Sex, Narkotyki i Okultyzm” i jego pozycja ujawniająca tajniki trzech tematów tabu, mieszających się między sobą nierozerwalnie od zarania dziejów ludzkości.
Myślę, że tak na prawdę nie trzeba nikomu polecać tej książki, bo ona bardzo dobrze broni się sama, o czym świadczy kilka poniższych fragmentów:
pierwszy fragment:
Pierwszy narkotykowy kawał, usłyszałem w połowie lat pięćdziesiątych, ale byłem zbyt młody i naiwny, by go pojąć. Opowiadał on o tym, jak dwóch upalonych muzyków szło po ulicy i zobaczyło straż pożarną pędzącą na cały gaz.
- „Człowieku” – powiedział jeden do drugiego – „myślałem, że ten wóz nigdy nie przejedzie”.
W czasach współczesnych prawie każdy wie, choćby ze słyszenia, o co w tym żarcie chodzi. Marihuana rozciąga czas, jakby był gumą do żucia. Stawia nas również przed obliczem paradoksów Einsteinowskich: Czy to mój czas, czy też twój jest bardziej realny? Czy to nasz pociąg się porusza, czy też ten na sąsiednim torze? Czy to wzgórza sięgają tak wysoko, czy też doliny ciągną się niżej? Po raz pierwszy w w rozwoju prawa anglosaskiego napotykamy bardziej przeklęte ze wszystkich metafizycznych pytań – Czym jest Rzeczywistość? – i nasza tolerancja bądź nietolerancja względem 5-15 procent współobywateli zależy od odpowiedzi na to pytanie.
Percepcja nie istnieje w próżni. Nasze postrzeganie warunkują nasze uczucia i stosunek do świata. Tm samym odpowiedź na pytanie „Czym jest Rzeczywistość?” nie jest wcale sprawą abstrakcyjną czy akademicką, choć pytanie wydaje się zawiłe. Ci z nas, którzy przynależą do sfery nazywanej przez antropologa Carlosa Castanedę „odrębną rzeczywistością”, rozwijają także odrębny styl życia i etos, nazywany powszechnie kontrkulturą. Jak pisze Richard R. Lingerman w Drugs from A to Z:
„Dopóki aura tajemniczości otaczać będzie narkotyki, tak długo ludzie z ciekawości będą je próbować, a wtajemniczeni organizować będą swe życie wokół nich. Ich zwolennicy ciągle będą agitować za legalizacją… Stali konsumenci LSD cechują się niemalże kompulsywnym prozelityzmem, który będzie wciąż widoczny, chyba że ich starania wywrą jakiś wpływ na nasze społeczeństwo, ponieważ medytacyjna, nieagresywna, skierowana do wewnątrz postawa jaźni związanej z narkotykami kłóci się z wartościami ekstrawertywnego, agresywnego, ekspansywnego społeczeństwa.”
————————————————————————————-
drugi fragment:
Pozwolę sobie teraz poświęcić chwilkę na bardziej szczegółowe omówienie kwestii lepszego orgazmu, jako że seks jest głównym tematem tej książki. Spytany o to co się dzieje, nasz potencjalny „podróżnik” może powiedzieć, że jego świadomość skupiła się w penisie, że czuł jak by był gigantycznym penisem. Może na dodatek stwierdzić, że jego dziewczyna przypominała wielką, gorącą rozkosznie wilgotną waginę. A jego pole emocjonalne było wyjątkowo rozpalone i oświecone. (To mniej lub bardziej dziwne wrażenie przekazywali również wszyscy wielcy mistycy Wschodu i Zachodu od przynajmniej ostatnich 2000 lat. Synonim „oświecenia” pojawia się we wszystkich pismach mistycznych, w każdym ze znanych mi języków). W chwili orgazmu zwyczajna świadomość ulega całkowitemu zawieszeniu, choćby na kilka sekund, mniej więcej tak, jak to opisali D.H. Lawrence i Ernest Hemingway (a także dr Wilhelm Reich), chociaż „realistyczne” podręczniki seksualne mówią ludziom, żeby nie oczekiwali takiej apokaliptycznej burzy kosmicznej w trakcie szczytowania.
Czy zdarza się coś wyjątkowego na poziomie fizycznym, czy „tylko” psychologicznym? Jaki jest sens stawiać takie pytania, kiedy doświadczenie totalnie pochłania wszystkich uczestników? (Przecież szczęście, męstwo, przyjemność i wszelkie inne pożądane cechy można również nazwać „tylko” psychologicznymi).
Chyba jednak za szybko się poruszamy. Przeciętny czytelnik, a w tym bardziej sceptycznie nastawiony psychiatra będzie z pewnością przekonany, że redukcja świadomości do wymiaru penisa musi stanowić halucynację i tym samym plamę na całym doświadczeniu. To właśnie w tym miejscu znajduje się przepaść nie do pokonania między „zwykłym” społeczeństwem a światem narkotykowym. Albowiem nasz palacz haszyszu, jeśli oczywiście będzie to wygadany zwolennik filozofii psychodelicznej, zaprzeczy temu, że jego percepcje składają się na halucynację.
Powoła się przy tym na to, że nasze pojęcie świadomości znajdującej się w głowie, jest konstruktem społecznym i niczym wrodzonym. Chińczycy, na przykład, sądzą, że świadomość znajduje się w splocie słonecznym, a ich ideogram tłumaczony jako „umysł”, przedstawia tak na prawdę serce i nerki.
Jogini hinduscy wierzą, że świadomość można przemieszczać wszędzie i codziennie ćwiczą się w poruszaniu nią od stóp, poprzez łydkę i kolana, w górę i w dół torsu, do głowy i poza nią i tak ciągle w kółko. Doda jeszcze, że chyba nie lada zaściankowością musiałoby być twierdzenie, że te dwa narody, których ludność obejmuje dwie trzecie rasy ludzkiej, po prostu mają halucynacje.
Można też powiedzieć, że cały nasz sceptycyzm można zaspokoić doświadczeniem z pierwszej ręki. A nasz lęk przed tym doświadczeniem to tylko jeszcze jeden dowód na zniewalający wpływ, jaki ma na nas purytanizm. Świat Zachodu co najmniej od czasów św. Pawła zwykł uważać seks za coś godnego pogardy i to właśnie ta tradycja sprawia, ze wielu z nas uważa „wschodnie” zatrzymywanie się na szczegółach za przeżytek, otwartość w sztuce erotycznej za pornografię, a narkotyki wzbogacające seks za degenerację – bądź halucynację. Ta ostatnia jest z resztą formą odsunięcia pokusy – mówi się po prostu, ze coś takiego nie istnieje. [...]
I znowu okazuje się, ze najbardziej owocne doświadczenia narkotykowe, to pewne te, które pasują do klasycznego wzorca opisanego w opowieści buddyjskiej zen na temat biegu myśli podczas kontemplacji jogicznej:
„Na początku góry są górami, a doliny dolinami, potem góry przestają być górami, a doliny dolinami, aż w końcu góry są górami, a doliny dolinami”
Oznacza to, że proces przełamywania konwencjonalnej percepcji ma znaczenie wychowawcze, nawet jeśli te same percepcje zostają przywrócone pod koniec procesu. W trakcie rozdzielania, a następnie łączenia tych percepcji uczymy się czegoś bardzo ważnego o naszym umyśle. Dr John Lilly nazywa to „metaprogramowaniem ludzkiego biokomputera” i wykazuje, że umożliwia to większą swobodę w wyborze dawnych programów. Przypomina tu różnicę między człowiekiem, który nie potrafi posługiwać się telewizorem i jest skazany na oglądanie przez cały czas tego samego programu, a kimś kto posiada tę umiejętność i może wybierać.[...]
Pozwoli to przynajmniej przeciętnemu czytelnikowi na pewien wgląd w motywacje ludzi uczestniczących w rewolucji narkotykowej, która zwykle opisywana jest jako autodestrukcyjne szaleństwo przez wrogich jej krytyków.
Tym zaś czytelnikom, którzy po przeczytaniu tej przedmowy nadal czują, nie znają dokładnie wymiary wszystkich męskich gór i kobiecych dolin i nie są w stanie zmienić swych wrażeń seksualnych pod wpływem żadnych narkotyków, mogę jedynie poświęcić kilka słów Szekspira:[...]
————————————————————————————-
trzeci fragment:
Była to jednak herezja dla Ojców Kościoła i jest ona nią nadal. Nasze społeczeństwo jest mocno przywiązane do dogmatów, że „poczęliśmy się w grzechu, a urodziliśmy w zepsuciu”, że „nie ma w nas zdrowia” i że ten świat jest nieuchronnie i na wieki wieków „padołem łez”. Te trzy sformułowania pochodzą z najpopularniejszych i najczęściej powtarzanych modlitw chrześcijańskich. Przedstawiają gruntowny pesymizm, który tkwi u podłoża teologii chrześcijańskiej. Na tym polega największa trudność w porozumieniu się między psychodelicznym szamanem, a człowiekiem wychowanym na chrześcijanina.
Antropolog Carlos Castaneda wyraża to bardzo zręcznie (w Odrębnej rzeczywistości), opisując kłopot, jaki miał z porozumieniem się z czarownikiem indiańskim z plemienia Yacqui, don Juanem:
„W don Juanie zachwyciło mnie to, że nigdy nie uznawał ludzkiej słabości. Wystarczyło przebywać z nim, aby porównanie pomiędzy jego zachowaniem a moim wypadało na moją niekorzyść…
- Jesteś przytłoczony problemami – powiedział – Dlaczego?
- Jestem tylko człowiekiem, don Juanie – powiedziałem poirytowany.
Wymówiłem to w taki sam sposób, w jaki zwykł to robić mój ojciec. Zawsze kiedy mówił, że jest tylko człowiekiem, dawał do zrozumienia, ze jest słaby i bezbronny. Jego stwierdzenie, tak jak i moje, było wypełnione poczuciem ostatecznej rozpaczy.
Don Juan popatrzył na mnie tak samo, jak w dniu naszego pierwszego spotkania.
- Za dużo myślisz o sobie – powiedział i uśmiechnął się – A to wywołuje u ciebie osobliwe zmęczenie, sprawiające, że zamykasz się na otaczający cię świat i trzymasz się swoich argumentów. Dlatego wszystko co masz, to jedynie kłopoty. Ja też jestem tylko człowiekiem, ale widzę to inaczej niż ty… Pokonałem swe kłopoty. Szkoda, że moje życie jest tak krótkie i nie mogę uchwycić wszystkiego co bym chciał. Ale to nie jest kłopot, po prostu szkoda.
Podobał mi się ton tego twierdzenia. Nie było w nim ani rozpaczy ani użalania się nad sobą.”
Tyle, żę don Juana, którego odrębną rzeczywistość wytworzyły te same magiczne grzyby, które otworzyły dr. Timothy’ego Leary, ortodoksyjni teologowie chrześcijańscy oskarżyliby o „grzech pychy”. Jak to wyłożył dr Thomas Szas w Micie choroby psychicznej, wielu ludzi rozwija w naszym społeczeństwie symptomy neurotyczne i choroby psychosomatyczne, ponieważ jedynym sposobem na zaistnienie w kulturze chrześcijańskiej jest bycie jeszcze bardziej godnym pożałowania od innych.
————————————————————————————-